WITARIANKA W PRADZE

#chech republic #czechy #praga #praque #raw&the world
1palaccc

Wiem, że na to czekałaś! Na szczerą do bólu relację z weekendu spędzonego w Pradze.

Przyjechałam tam z myślą o witariańskim festiwalu. Miałam zakupiony bilet, ale nie stawiłam się na miejscu.

I nie żałuję. Z relacji mojej czytelniczki, poziom imprezy dorównywał płockim kiermaszom. Never mind.

W takim razie co porabiałam? Dużo spacerowałam, trochę błądziłam, jadłam i ochoczo fotografowałam.

Nim to jednak się stało, musiałam wytrzymać w Polskim Busie ponad 10 godzin. Nie było mi wygodnie.

Wysiadłam dopiero w okolicach metra Florenc, gdzie stałam dobre 10 minut nad automatami z biletami.

W końcu jakiś pan się zlitował i pomógł mi na migi podjąć decyzje, który przycisk kliknąć na start.

Biletów jednak nie skasowałam, ha ha ha … Miejsce tak obskurne, że bałabym się tam wchodzić nocą.

Pod drzwiami hotelu znalazłam się w przeciągu piętnastu minut, bo wystarczyło przebyć 4 stacje metra.

Jeśli Twoim priorytetem nie jest spanie po „najpodlejszych noclegowniach” to zajrzyj na stronę Booking.com

Mnie bardzo usatysfakcjonowała suma, którą upatrzyłam za dwudniowy pobyt w Brezina Pension.

Miejsce idealne na przespanie nocy, bez dłuższego przebywania w otoczeniu ponurego wystroju wnętrz.

Trafił mi się pokój z „malowniczym” widokiem na podwórko. Czułam się jak Grace Kelly i James Stewart.

Tylko oni mogli podglądać bujne życie sąsiadów, a ja wyłącznie rozbieganych Japończyków i deszcz.

Pogoda uniemożliwiła mi przespacerowanie się wieczorem po okolicy. Na drugi dzień było pochmurnie.

Wybrałyśmy się z mamą na spacer, który trwał od dziewiątej do osiemnastej. Taka już jestem nieugięta.

Początkowo miałyśmy znaleść wyłącznie jakiś sklepik spożywczy, ale moje nogi prowadziły nas dalej.

Dalej, dalej, dalej i dalej … Wprost na Praque Vintage Fair, czyli targowisko ubrań oraz dodatków vintage.

Za wykupienie 2 dniowej wejściówki za 400 koron, można było zwiedzić modę stylizowaną na vintage.

Niestety większość sukienek była tworem syntetycznych tkanin, a biżuteria powtarzającą się masówką.

Podobne ubrania można znaleźć podczas Łódzkiego Fashion Week’a, albo w zwykłych second handach.

Wyszłam niezadowolona, kierując się w głąb zawiłych uliczek miasta. Szukając pierwszej raw restauracji.

Ulica Na Poříčí 8  

Praha 1 – Nové Město

Raw Cha to restauracja i organiczna herbaciarnia w stylu azjatyckim. Menu skomponowane pod temat.

Wystrój wnętrza utrzymany w klimacie japońskim. Pełno tu ceramiki i odrobinę egzotycznych owoców.

Lubię przestronność i schludność w lokalach. Brakowało mi tego w nieistniejącej już warszawskiej Surya.

Z entuzjazmem zamówiłam arabski falafel i ciasto z duriana! Mama poprosiła o ciasto z awokado i limonki.

Ze zmęczenia, które jej zafundowałam, zapomniała mnie nim poczęstować. A bardzo jej smakowało.

Nie mogę niestety tego powiedzieć o moim zestawie. Falafel był pięknie podany, ale bardzo gorzki i słony.

Nadzieja prysła po skosztowaniu „Króla Azji”. Znam smak mrożonego duriana. Jadłam go w Warszawie.

Byłam przygotowana psychicznie na zetknięcie z intensywnym, cebulowatym smakiem i zapachem śmieci.

Zapewne obsługa chciała koniecznie sprzedać to ciasto, bo nie uprzedziła mnie, że jest ono wytrawne!

Nie wiem czym konkretnie powstrzymali jego zapach, ale smak musieli doprawić dodatkowo czosnkiem.

Jeśli zastanawiasz się jak smakują „wymiociny” to polecam Raw Cha i ich rozkosznie wybitną kartę dań.

Praga bardzo mi sie podoba. Byłam w niej już kiedyś, ale tylko na kilka godzin, na Zielonej Szkole.

Przez mgłę pamiętam tamten dzień … A teraz patrzyłam na miasto pod innym kątem. Z przyjemnością.

W szczególności urzekły mnie przeplatające się kompozycje pasteli w odcieniach gałkowanych lodów.

I motywy secesyjne na zabytkowych kamienicach. Trudno byłoby obejść całość w jeden dzień.

Bardzo żałuję, że nie kupiłam nawet tyci tyci Krecika na pamiątkę. To moja ukochana bajka z dzieciństwa.

Oglądałam go w kółko. On pierwszy zainspirował mnie do jedzenia arbuzów. Robię się sentymentalna.

Moja intuicja doprowadziła mnie do Mangaloo, czyli punktu sprzedającego świeże i owocowe smoothies.

Wybrałam kompozycję banan z ananasem ( 59 koron ). Było bardzo spienione i przypominało szejka.

Z zaspokajaniem głodu, w typowo surowym stylu nie miałam problemu. Wokół było pełno owoców.

A to zmutowane czereśnie na rogu, soczysty arbuz jedzony na ławce lub zielone winogrona z „zabki”.

Gdyby nie sobota, miałabym szansę zdążyć do kilku wegańskich sklepów spożywczych. Niestety …

W zwykłych sklepikach trudno mi było dopatrzeć się jakich kolwiek oznak życia bio/raw produktów.

Dopiero w niedzielę, godzinę przed odjazdem na metrze Florenc, obłowiłam się w takie produkty.

A teraz niespodzianka! Dwie zmęczone witarianki spożywające kolację w Mr.Hau – Loving Hut.

Ulica Koubkova 1726/8  

Weszłyśmy, bo było otwarte do 21, a nic w okolicy innego na mapie nie namierzyłam wzrokiem.

Zamówiłam pierożki z warzywnym farszem, które były w smaku bardzo nijakie. A do tego burgera.

Zdradziłam Krowarzywę z przeciętną białą bułą i kotletem, który smakował jak biała kiełbasa

Mama wybrała zestaw seitan z białym ryżem i sosem warzywnym. Bardzo delikatnie przyrządzony.



Z przyjemnością wrócę do Pragi, aby dokończyć testowanie wegańskich restauracji

Jest ich tam naprawdę sporo. Plus chętnie zwiedziłabym drugą, bardziej zieloną stronę miasta.

Hmm … Mam nadzieję, że mój chłopak dotrzyma obietnicy i wrócę tam z nim jeszcze pod koniec tego lata.